Jeśli wieczorami nie padam z nóg i nie zasypiam na miejscu, staram się czytać. Ostatnio była to pierwsza w mojej karierze książka Samozwaniec: "Maria i Magdalena".
Rzadko zdarza się, aby dokonania jednej rodziny tyle znaczyły dla
sztuki i literatury danego narodu, ile do kultury polskiej wniosła familia
Kossaków. Obrazy Juliusza, Wojciecha i Jerzego, wiersze i dramaty Marii
Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej, powieści Zofii Kossak- Szczuckiej i, wreszcie,
pełne humoru teksty satyryczki Magdaleny Samozwaniec.
Samozwaniec (primo voto Starzewska, secundo voto Niewidowska;
Samozwaniec to pseudonim literacki) miała szczęście żyć w epoce niezmiernie
ciekawej pod względem historycznym i artystycznym. We wstępie do książki tak pokrótce
opisuje swoją biografię:
Urodziłam się
w czasach secesji i jako mała dziewczynka haftowałam na poduszkach łabędzie z
liliami wodnymi oraz irysy. Przeżyłam epokę Zielonego Balonika i Pani Dulskiej. Jako dorosła panienka zetknęłam się z krakowskim eleganckim światem,
z hrabinami dewotkami śmiesznymi jak ich stroje. Potem pierwsza wojna światowa
i nasze pierwsze zamążpójścia. Wspaniały dzień rozbrojenia austriackich
generałów na ulicach Krakowa przez ulicznych chłopaków. Pierwszy wieczór
autorski młodziutkiego […] Juliana Tuwima. Przeżyłam rząd Padarewskiego i
wypadki majowe w 1926 roku, w których po trochu obie z siostrą brałyśmy bierny
udział jako przypadkowi więźniowie w hotelu Bristol. Trzy lata przebywałam […] w
Bukareszcie, gdzie […] grałam w brydża z
przyszłym królem Rumunii, Karolkiem, i tańczyłam na kostiumowym balu w
ambasadzie angielskiej z późniejszym królem angielskim, ojcem Elżbiety,
przebranym za rumuńskiego chłopa!
Gdyby
książka widniała na liście lektur szkolnych, najbardziej leniwi licealiści
mogliby powyższy cytat potraktować jako zwięzłe streszczenie powieści. Ja
potraktuję go jako idealną zachętę do sięgnięcia po Marię i Magdalenę.
Nie, książka nie jest nowością
i nie wchodzi właśnie do księgarń. Szkoda, gdyż powieść ta, nieco
zapomniana, stanowi znakomitą lekturę na leniwe, letnie popołudnie. Jak miło
położyć się w hamaku ze szklanką orzeźwiającej lemoniady w zasięgu ręki i
przenieść do ogrodu krakowskiej Kossakówki początku XX wieku! Wraz z autorką
odgrzebującą okryte pokładami kurzu wspomnienia lat młodości, ja odkrywałam fascynujący
świat sprzed stu lat. Aż trudno uwierzyć, ile się zmieniło, jak wielkie zmiany
mentalne (nie zawsze na plus!) poczynił postęp techniczny i naukowy, pod
którego znakiem upłynął wiek XX. Samozwaniec, choć zapewne idealizuje
rzeczywistość z perspektywy dziesiątek lat, opisuje dzieciństwo z ironicznym
dystansem. Dzięki rodzinnym koneksjom przyjaźniła się z wybitnymi artystami,
literatami i ludźmi teatru. Serwuje nam wnikliwe opisy osób, których kojarzymy
jedynie z podręcznika do Języka polskiego, sypie z rękawa niewybrednymi nieraz
anegdotkami i przybliża kulisy życia
swojej rodziny, z największym umiłowaniem opisując ukochaną siostrę, Lilkę
(Marię Pawlikowską- Jasnorzewską) i ojca (Wojciecha Kossaka), którego również ubóstwiała.
![]() |
Lilka i Magdalena oczami W. Kossaka |
Powieść stanowi również kopalnię złotych myśli, od uniwersalnych spostrzeżeń
(Każda kobieta jest wówczas
najszczęśliwsza, kiedy ma trochę pieniędzy, jakie może wyrzucić na niepotrzebne
przedmioty.), po równie aktualne porady udzielane przez Lilkę (Z miłością jest jak ze zwierzętami domowymi:
to się nie może dobrze skończyć.)