czwartek, 26 września 2013

"Tonight you belong to me"

Znałam tą piosenkę w przeróżnych wersjach, ale poniższa rozwaliła mnie na łopatki. "Tonight..." jest bardzo popularne i zdawałoby się, że niczym nie może nas zaskoczyć, jednak to wykonanie pokazuje, iż z każdym utworem, nawet najbardziej "oklepanym", możemy zrobić wszystko. Wystarczy mieć trochę wyobraźni, no i tatę z różowym ukulele. Albo czteroletnią córkę w piżamce w kolorowe sówki. 
Zaskakuje muzykalność czterolatki, jej warunki głosowe i słuch muzyczny. Ben Ames cierpliwie akompaniuje córce Adelaide, w razie potrzeby podporządkowuje się jej, a także zgrabnie naprowadza na kolejne wersy w przypadku zbyt długich przerw. 
Nieśmiertelna piosenka w rozkosznym w swej naturalności wykonaniu. 



piątek, 20 września 2013

Wrzesień

Wrzesień. Przesycone wilgocią poranne i wieczorne powietrzne, ponowne wygrzebanie z szafy skarpetek, szkolny chomik zabrany przez młodszego brata na czas wakacji, z bólem serca zaniesiony z powrotem do klasy biologicznej. W kuchni na kuchence ochoczo pyrkają sobie węgierki na powidła. W ciepłej domowej ostoi świat znowu wydaje się być przyjazny.

Mijają tygodnie, miesiące, pory roku, i mam wrażenie, że i ja się zmieniam. Z niemal każdą przeczytaną książką, obejrzanym filmem, wyjazdami, spotkaniami z ludźmi - ewoluuję, staję się inną osobą. Dotychczas wydawało mi się to fascynujące, zaczynam się jednak zastanawiać, czy już ZAWSZE tak będzie? Czy nigdy nie zaznam wewnętrznego spokoju, że wiem, kim jestem, jaka jestem? Czy do końca będę dla siebie samej niewiadomą?

Wbrew pozorom myślę, że to będzie dobry rok (działam w cyklu szkolno-akademickim, nie kalendarzowym, i rok zaczyna się dla mnie jesienią).
I feel it in my fingers, I feel it in my toes...







Bloglovin

<a href="http://www.bloglovin.com/blog/8118463/?claim=rnvgk8zp5us">Follow my blog with Bloglovin</a>

W internecie wszystko się zmienia, kiedy już zdążę przyzwyczaić się do wyglądu poczty czy portalu społecznościowego, nagle dostaję informację o "nowatorskich zmianach", które teoretycznie mają ułatwić korzystanie, a w rzeczywistości są jak rzucone pod nogi kłody. To podobnie jak z datą, kiedy już przyzwyczaisz się do pisania danego roku, nadchodzi sylwester i trzeba odzwyczaić rękę od mechanicznego stawiania cyferek.
Nie wiem, czy bloglovin to kolejne podstępne udogodnienie, czy faktycznie cokolwiek usprawnia, ale dopóki nie spróbuję, nie dowiem się.
Enjoy ;)

czwartek, 12 września 2013

Przebiegłość rzeczy martwych

Kupuję bilet na dworcu PKP. Mój portfel ostatnio stał się ciężki z powodu ilości znajdujących się w nim drobnych, postanowiłam więc sprytnie pozbyć się ich poprzez zapłacanie nimi za bilet. Dumna z własnej przebiegłości stałam przy automacie i cierpliwie wrzucałam 10- i 20-groszówki do wąskiego otworka.
Co zrobił automat?
Wydał mi bilet i.... resztę.
W jednogroszówkach.

-_-



środa, 11 września 2013

To był chleb?!

Po kilku godzinach spędzonych w kuchni z ulgą zasiadam do kolacji. W garnku pichcą się węgierki, w piekarniku - chleb cynamonowy upieczony z podwójnej porcji składników. Nagle zza drzwi wygląda głowa Brata: 
- Te powidła można jeść? 
- Nie, - tlumaczę - będą gotowe dopiero jutro. Poza tym to są przetwory NA ZIMĘ. Zresztą zjedliście już pół chleba. 
Na co Tata podnosi głowę znad gazety: 
- To był CHLEB?! 

Takie oto są (wątpliwe) uroki posiadania licznej i bardzo zżartej rodziny... 

czwartek, 22 sierpnia 2013

Masz parę dni wolnego, kilka duńskich koron w kieszeni i dosyć tłoku i komercji panujących na rodzimym wybrzeżu? Jedź (a raczej płyń) na Bornholm! No, może zamiast kilku monet potrzebne będzie kilkaset, chyba, że planujesz akurat kurację odchudzającą, gdyż jedzenie na wyspie jest średnio dwukrotnie wyższe niż u nas. Na szczęście widoki skutecznie odwracają uwagę od tak przyziemnych rzeczy, jak odżywianie.


Widzieliśmy też slynne rotundy, niestety nie udało nam się odnaleźć skarbu templariuszy...



 


Natomiast znaleźliśmy głuptaka: 



Tymczasem rzeczywistość nie rysuje się różowo. Wprowadzona niedawno ustawa przedszkolna, wedle której w przedszkolach nie będzie można prowadzić zajęć dodatkowych w godzinach pracy placówki, a poza tym za każdą dodatkową godzinę rodzic ma płacić nie więcej niż złotówkę. W praktyce oznacza to brak pracy dla setek, tysięcy osób. 
Polecam do odsłuchania, choć włos się jeży na głowie... 



sobota, 27 lipca 2013

Nie pisałam, bo.... czytałam. Nie ma nic lepszego podczas upałów (poza masowym wcinaniem lodów i kąpielami w jeziorze) niż usadowienie się w leżaku pośród działkowej połaci traw i zagłębienie się w lekturze. 

Na pierwszy ogień poszedł Świat Zofii Josteina Gaardera. Lektura dość wymagająca, w zasadzie wykład filozoficzny przeplatany wątkami fabularnymi. Powieść przeznaczona jest dla nastolatków (tytułowa bohaterka to 15-latka), ale nie wiem, czy byłaby dla nich wystarczająco ciekawa i zrozumiała. Ja mam o dekadę więcej, a w indeksie zaliczenie z filozofii, toteż cierpliwie znosiłam wywody książkowego profesora, Alberto Knoxa. Niestety nie mam na podorędziu żadnej 15-latki, aby zweryfikować moje przypuszczenia. 



Młodzież z pewnością nie pogardziłaby za to kolejną pozycją książkową tych wakacji: serią o Panu Samochodziku Zbigniewa Nienackiego. Powieści te czytałam po raz pierwszy w czasach podstawówki, teraz ich świat odkrywa mój młodszy brat, od września - gimnazjalista. Podkradam mu kolejne książki i połykam jedna za drugą, przypominając sobie poszczególne intrygi, inne odkrywając na nowo. Niesamowite, jak interesująco Nienacki ukazuje polską przyrodę i zabytki historyczne. Po co płacić kokosy i lecieć na Rodos, skoro można rozbić namiot na brzegu mazurskiego jeziora i przeżyć równie, a nawet bardziej emocjonujące chwile? 



Co ciekawe, nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi na fakt, że prawie wszyscy bohaterowie powieści to osoby dorosłe. W pozostałych książkach panował dziecięcy świat: głównymi postaciami były dzieci, a dorośli występowali jedynie w charakterze troskliwych/okrutnych rodziców, przebiegłych przestępców, ewentualnie nauczycieli czy mentorów. W Panu Samochodziku dziećmi grającymi w fabule bardziej istotną rolę była trójka harcerzy (Wilhelm Tell, Sokole Oko i Wiewiórka), w poszczególnych częściach zdarzały się jeszcze pojedyncze przypadki innych dziecięcych postaci. 
Jednak najbardziej fascynujące w książkach Nienackiego są kobiety. Silne, niezależne, inteligentne, zdecydowane osiągnąć cel (np. Karen Petersen z P.S. i Templariusze, Miss Kapitan z P.S. i Winnetou), a nawet jeśli z początku zdają się być delikatne i skupione na własnej urodzie, z upływem fabuły pozytywnie zaskakują czytelnika. 
Część o Templariuszach czytałam szczególnie uważnie, zwracając uwagę na wszelkie ustępy poświęcone historii zakonu. Już za kilka dni moja noga stanie na Bornholmie, gdzie przez pewien czas przebywali, a - według legendy - w jednej z rotund ukryli swój skarb. Dlatego czas skończyć pisać post i uczyć się tajemnych znaków templariuszy.... 






źródło zdjęć i obrazków: internet 

niedziela, 14 lipca 2013

Zmysły

Wolne dni, jak zawsze, płyną zdecydowanie za szybko. Wieczory mijają w mgnieniu oka, leniwe poranki niezauważalnie przechodzą w popołudnia. No i pogoda jakoś mniej wakacyjna się zrobiła. W sam raz na siedzenie w poznańskim Pawilonie Nowej Gazowni i poznawanie tajników sound designu w filmie animowanym w ramach festiwalu Animator. Zbudowaliśmy mikrofony kontaktowe, obejrzeliśmy kilka klipów o tzw. foley artists, zapoznaliśmy się z filmem, który mamy na nowo udźwiękawiać. To niesamowite, jakie dźwięki uzyskać można za pomocą przedmiotów codziennego użytku, dobrego nagłośnienia i programu komputerowego z rozmaitymi efektami. Kubki plastikowe, nasionia siemienia lnianego, balonik, nawet opakowanie płatków kukurydzianych - przy odrobinie inwencji wszystko to może się okazać źródłem sample'a godnego filmu animowanego. Co ciekawe, po kilku godzinach takich eksperymentów słuch wyostrza się i dostrzega artystyczny potencjał wszelkich odgłosów otaczającej nas rzeczywistości. Słuch, wzrok, smak, węch, dotyk..... Wiem, że to banalnie oczywiste, ale fajnie mieć zmysły. 

A poniżej moje najnowsze odkrycie muzyczne i najsłodszy teledysk roku: Edward Sharpe & the Magnetic Zeros w piosence That's What's Up! 


czwartek, 11 lipca 2013

Zdefiniować siebie

Dziwne uczucie. Wychodzisz z uczelni z poczuciem, że już ani razu nie musisz tam wracać, chyba, że po to, aby odebrać dyplom. Ale wcale nie wiesz, czy się cieszyć, czy nie, studenckie życie było bezpieczne i odgórnie określone. 
- 15 minut wstydu, dyplom na całe życie - mówili znajomi. W moim przypadku było to ok. 20 minut, ale spędzone "dość" przyjemnie (o ile można takiego przymiotnika użyć do opisania egzaminu). Nawet wylosowane zagadnienie okazało się dość przystępne, i tak w poniedziałkowe południe zostałam Magistrem Sztuki. 
Coś się kończy, coś innego się zaczyna. Dziś o poranku wsadziłam do pociągu A. wraz z jej licznym tobołami. Wraca do domu po rocznym pobycie w Polsce na stypendium, powinna właśnie wsiadać na pokład samolotu, który zabierze ją z powrotem to Nowego Jorku. Przez ten rok bardzo się zaprzyjaźniłyśmy i dużo rozmawiałyśmy o życiu, studiach, planach na przyszłość. A. znalazła już swój dream job, jutro ma rozmowę z dyrektorem. Ja nadal poszukuję. 
A w międzyczasie zapełniam czas innymi rzeczami. W sobotę w Poznaniu rozpoczyna się Festiwal Animator,  w sierpniu - Transatlantyk. Dostałam też maila o przyjęciu mnie do tegorocznego projektu Polskiego Narodowego Chóru Młodzieżowego: 

11 pełnych śpiewu dni we Wrocławiu, koncerty w trzech miastach, nowi ludzie. Cudownie :) 




fot. Internet

wtorek, 2 lipca 2013

Powrót

Wróciłam. Jak syn marnotrawny (albo raczej córka). Nie oczekuję przyjęć i fajerwerków, zresztą nie ma jeszcze czego świętować. Co prawda obie sesje zdane, a dzisiaj obroniony licencjat, ale od wyczekiwanych wakacji dzieli mnie jeszcze obrona pracy magisterskiej. Dopiero wtedy będę mogła odetchnąć i oddać się błogiemu lenistwu. Godzina zero wybije w poniedziałek. 
Tak, to był ciężki rok. Tym bardziej cieszę się z lata, z możliwości kładzenia się w środku nocy i porannego wylegiwania, niespiesznych śniadań, wycieczek rowerowych, spacerów po lesie, kąpieli w jeziorze, podróży, odwiedzin znajomych, spontanicznych wypadów, czytania książek nie związanych tematycznie ze studiami. 
Już za parę dni, za dni parę.... 




źródła zdjęcia: internet 

wtorek, 22 stycznia 2013

Szczęście

Jednym z moich noworocznych postawień było bardziej regularne prowadzenie bloga. 
Niestety! Proza życia nie pozwala tak często pisywać, jak bym chciała, a wokoło sporo się dzieje... 
Ostatnio często zastanawiam się czym jest szczęście i jak do niego doprowadzić. Wiem już, że nie wystarczy  znaleźć kwiatu paproci, wiele lat temu spędziłam z kuzynami całą wigilię nocy świętego Jana szukając go. Zrywaliśmy liście paproci i kładliśmy je pod poduszki, i takie tam. Szczęście nie przyszło, przyszła za to wkurzona sąsiadka i ochrzaniła nas za zmasakrowanie jej ogródka. 
Nie wiem, skąd te melancholijne myśli. Może te to kwestia tzw. Blue Monday, które niedawno miało miejsce, a może ponurych, zimowych dni. Z reguły nie lubię tego typu rozważań, kojarzą mi się z ckliwymi łańcuszkami szczęścia i z kiepskimi demotywatorami wrzucanymi na facebooka przez dawne koleżanki z podstawówki. Trudno jednak kompletnie zlekceważyć ten temat, zwłaszcza, że ma on też bardziej głęboki wymiar. 

Polecam poniższy link, może umieszczona w nim prezentacja okaże się pomocna w odnalezieniu odpowiedzi na nurtujące pytania: 



czwartek, 3 stycznia 2013

Noworocznie

Moje doświadczenia z ostatnich kilku lat pokazują, że najlepiej nie planować sylwestrowej nocy zawczasu - zazwyczaj padnie jakaś spontaniczna propozycja, której nie da się odrzucić. Podobnie było i w tym roku, więc, zamiast spędzenia wieczoru na kanapie przed telewizorem, niespodziewanie wylądowałam w... Krakowie!
Świętowanie nadejścia nowego roku na krakowskim rynku to niezapomniane przeżycie, zwłaszcza jeśli chodzi o uciekanie przed strugami świeżo otwartego szampana oraz przepychanie się przez podpity, falujący tłum zgromadzony pod estradą koncertową.

W sylwestrowe przedpołudnie centrum miasta tchnęło jeszcze spokojem:







Podczas spaceru po starówce zajrzałam również do Massolitu: krakowskiej księgarni wspomnianej w ostatnim numerze Archipelagu, w "Mini-przewodniku po polskich księgarnio-kawiarniach" (numer tu pobrania Tutaj). Bibliofilski klimat, istny labirynt korytarzy i moc półek oraz tytułów rzeczywiście robi wrażenie, chociaż trudno było mi do końca zorientować się w działach. Przy wejściu można zgarnąć mapkę, która powiedzie nas przez gąszcz regałów. Ogólnie atmosfera rodem z "Władcy Ksiąg" ("The Pagemaster"), filmu mojego dzieciństwa. 

Z żalem opuszczałam Kraków. Podczas pobytu widziałam ciekawe miejsca, poznałam wiele nowych osób, brałam też udział w kilku rzeczowych, dających do myślenia dyskusjach (a jakże trudno obecnie o sensownych rozmówców oraz o czas na wymianę poglądów!) 

Zobaczymy co przyniesie nowy rok. Może kolejne, spontaniczne wyjazdy i spotkania?




środa, 26 grudnia 2012

Christmas is over?

Tony słodkości, kartki świąteczne porozstawiane po domu, brudne naczynie po resztkach ryby i kapusty z grzybami. Święta powoli dobiegają końca, jak zwykle pozostawiając poczucie przesytu (pokarmowego) oraz niedosytu (duchowego). Dlaczego zwykłe dni tygodnia zdają się płynąć w nieskończoność, podczas gdy wigilijno-świąteczne wieczory mijają w mgnieniu oka? 
W tym roku po raz pierwszy odkąd pamiętam spędzaliśmy Gwiazdkę u nas. Na kolację zjechała się najbliższa rodzina, a przy stole zasiadła także Allison- znajoma Amerykanka, która w ramach programu Fulbright spędza w Polsce cały rok. Zapałała miłością do makowca i makiełek, chłonęła polskie tradycje świąteczne- dzielenie się opłatkiem, siano pod wigilijnym obrusem, wspólne kolędowanie. 
Za oknem błoto, przykryte grudniową ciemnością. Pokój rozjaśniony blaskiem świerkowego drzewka. Zapach piernika i grzanego wina. Harmonia skrzypiec i lekko rozstrojonego z powodu przeprowadzki pianina. 
Święta, nie odchodźcie! 

Życzę wszystkim, aby uczucie rodzinnego spokoju, 
błogości zimowych wieczorów 
oraz wspólnego śmiechu przy stole zasłanym słodkościami 
nie wygasło wraz z upływem dni. 
Niech nadchodzący rok 2013 będzie jeszcze bardziej udany niż poprzedni! 




źródło zdjęcia: internet

środa, 31 października 2012

Zapiski z codzienności #1


Blog Chustki odkryłam dopiero niedawno. Wierzyłam, że będzie happy end, bo przecież to wszystko nie może się tak nagle skończyć. Tak dzielna kobieta, matka, zasługuje na to, by żyć dalej. 
Niestety, życie pisze własne scenariusze. I jako autorytarny reżyser nie znosi sprzeciwu, wyrzuca zaplanowany scenopis i ucina klatkę w najmniej przewidywalnym momencie. 
To dziwne. Właściwie wcale Chustki nie znałam, a łzy napłynęły mi do oczu na wieść o jej odejściu. 
Z jednej strony Halloween, z drugiej - rzeczywistość i cmentarz pełen staruszek sprzątających groby zmarłych mężów. Danse macabre każdego zaprosi w swój przeklęty krąg. 

Ale nie o tym zamierzałam napisać, miało być weselej.
Dziś na zajęciach w przedszkolu uczyliśmy się piosenki o różnych zawodach, a potem rozmawialiśmy, kim dzieci chciałyby zostać, kiedy dorosną. Większość dziewczyn pragnie być baletnicami, nawet te bardzo przy kości, jedna- modelką. U chłopców było większe zróżnicowanie. Kuba chce rozwozić pizzę Hondą. Koniecznie Hondą, podkreślił to dwa razy. Jeden chłopiec chciałby "układać kostkę na chodniku", inny po dłuższym namyśle zdecydował się na karierę policjanta. Kacper zostanie muzykiem i będzie "grał na swoich organach, które mają białe i czarne klawisze, białych jest więcej", a Miłosz będzie tatą. Po prostu. 

Kiedy byłam mała, bardzo często zmieniałam zdanie co do mojej przyszłości. Chciałam być kosmonautą, malarzem, lekarką, listonoszem, aktorką, detektywem, pisarką. W tle niezmiennie majaczyło marzenie o zostaniu latarnikiem. Podczas corocznych wakacji nad morzem wyobrażałam sobie, jak codziennie rano i wieczorem wspinam się po schodach na szczyt latarni, żeby zgasić lub zapalić lampę, a przez resztę dnia siedzę samotnie na wydmach lub wypływam drewnianą łódką daleko za mieliznę. 
Kto wie? Panuje kryzys, może pewnego dnia rzucę to wszystko, wyjadę na wybrzeże i obejmę kierownictwo latarni morskiej. 
Kot wie? :) 


obrazek jeszcze halloweenowy:


wtorek, 30 października 2012

The autumn leaves

Jesień. Pod stopami szeleszczą zeschłe liście. 
Wilgoć wślizguje się za kołnierz. 
Tylko przedszkolaki cieszą się z jesieni, 
zbierają kasztany i robią korale z jarzębiny. 

Chciałabym stać się na parę dni kilkulatkiem, 
spędzać popołudnia na zabawie klockami Duplo, 
pomagać mamie w pieczeniu babeczek. 
I czekać na pierwszy śnieg. 

Jutro Halloween. Nie uznaję przeszczepiania obcych naszej kulturze świąt na grunt polski tylko dlatego, że to wydarzenie komercyjne. Fakt jednak, że jest ma ono swój klimat. Chciałabym znaleźć się kiedyś w jakikolwiek amerykańskim miasteczku właśnie w halloweenowy wieczór. Moi amerykańscy znajomi kilka tygodni naprzód planują kostiumy. Po wybraniu tematu szyją stroje i dobierają dodatki, w zeszłym roku przebrali się za "Piratów z Karaibów", dwa lata temu- za bohaterów z "Harry'ego Pottera". Ciekawe, kim będą tym razem :) 





zdjęcia: www.soup.io

czwartek, 27 września 2012

Powrót

Już po przeprowadzce, zostały tylko obrazki do powieszenia i ostatecznie porządki. Wakacje minęły, jak zwykle, za szybko, nadszedł nieunikniony czas na powrót na uczelnię i do pracy. Zapowiada się bardzo zajęty rok akademicki: praca magisterska, praca licencjacka, praktyki studenckie, konferencje, koncerty i konkursy z chórami, zajęcia z dzieciakami. Czuję się dziwnie spokojnie, tak, jakbym patrzyła z boku na życie kogoś innego. To kwestia dobrej organizacji, powtarzam sobie, a poza tym już niedługo święta. 
Święta zawsze wydają się być już za niedługo. 

Ostatni punkt lata: wrześniowy wyjazd do Toskanii, przyniósł dziesiątki zdjęć, wspomnienia i litrową butelkę oliwy z oliwek. 

I na koniec zagadka: gdzie zrobione zostało ostatnie zdjęcie? Podpowiem, że nie są to Włochy- po drodze zwiedzaliśmy pewne europejskie miasto. Jakie? :) 



Padwa



Florencja


Japońscy turyści: nie wystarczy, że wszędzie ich pełno. Muszą jeszcze zostawiać po sobie ślady pisane.






środa, 22 sierpnia 2012

Homo librum #8: Maria i Magdalena

Pakujemy. Od rana kartony, popołudniami- mięśnie (znosząc pełne rzeczy kartony z trzeciego piętra do samochodu, a następnie z auta na piętro). Mam wrażenie, że od paru dni przenoszę z miejsca na miejsce książki. O ile prostsze i lżejsze (dosłownie!) byłoby życie, gdyby nasza rodzina posiadała ich mniejszą ilość! Nie wspominając o tych publikacjach, które jeszcze tkwią na półkach i czekają na spakowanie do kartonów...


Jeśli wieczorami nie padam z nóg i nie zasypiam na miejscu, staram się czytać. Ostatnio była to pierwsza w mojej karierze książka Samozwaniec: "Maria i Magdalena".

Rzadko zdarza się, aby dokonania jednej rodziny tyle znaczyły dla sztuki i literatury danego narodu, ile do kultury polskiej wniosła familia Kossaków. Obrazy Juliusza, Wojciecha i Jerzego, wiersze i dramaty Marii Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej, powieści Zofii Kossak- Szczuckiej i, wreszcie, pełne humoru teksty satyryczki Magdaleny Samozwaniec.  
Samozwaniec (primo voto Starzewska, secundo voto Niewidowska; Samozwaniec to pseudonim literacki) miała szczęście żyć w epoce niezmiernie ciekawej pod względem historycznym i artystycznym. We wstępie do książki tak pokrótce opisuje swoją biografię:  

Urodziłam się w czasach secesji i jako mała dziewczynka haftowałam na poduszkach łabędzie z liliami wodnymi oraz irysy. Przeżyłam epokę Zielonego Balonika i Pani Dulskiej. Jako dorosła panienka zetknęłam się z krakowskim eleganckim światem, z hrabinami dewotkami śmiesznymi jak ich stroje. Potem pierwsza wojna światowa i nasze pierwsze zamążpójścia. Wspaniały dzień rozbrojenia austriackich generałów na ulicach Krakowa przez ulicznych chłopaków. Pierwszy wieczór autorski młodziutkiego […] Juliana Tuwima. Przeżyłam rząd Padarewskiego i wypadki majowe w 1926 roku, w których po trochu obie z siostrą brałyśmy bierny udział jako przypadkowi więźniowie w hotelu Bristol. Trzy lata przebywałam […] w Bukareszcie,  gdzie […] grałam w brydża z przyszłym królem Rumunii, Karolkiem, i tańczyłam na kostiumowym balu w ambasadzie angielskiej z późniejszym królem angielskim, ojcem Elżbiety, przebranym za rumuńskiego chłopa!

Gdyby książka widniała na liście lektur szkolnych, najbardziej leniwi licealiści mogliby powyższy cytat potraktować jako zwięzłe streszczenie powieści. Ja potraktuję go jako idealną zachętę do sięgnięcia po Marię i Magdalenę.
Nie, książka nie jest nowością  i nie wchodzi właśnie do księgarń. Szkoda, gdyż powieść ta, nieco zapomniana, stanowi znakomitą lekturę na leniwe, letnie popołudnie. Jak miło położyć się w hamaku ze szklanką orzeźwiającej lemoniady w zasięgu ręki i przenieść do ogrodu krakowskiej Kossakówki początku XX wieku! Wraz z autorką odgrzebującą okryte pokładami kurzu wspomnienia lat młodości, ja odkrywałam fascynujący świat sprzed stu lat. Aż trudno uwierzyć, ile się zmieniło, jak wielkie zmiany mentalne (nie zawsze na plus!) poczynił postęp techniczny i naukowy, pod którego znakiem upłynął wiek XX. Samozwaniec, choć zapewne idealizuje rzeczywistość z perspektywy dziesiątek lat, opisuje dzieciństwo z ironicznym dystansem. Dzięki rodzinnym koneksjom przyjaźniła się z wybitnymi artystami, literatami i ludźmi teatru. Serwuje nam wnikliwe opisy osób, których kojarzymy jedynie z podręcznika do Języka polskiego, sypie z rękawa niewybrednymi nieraz anegdotkami  i przybliża kulisy życia swojej rodziny, z największym umiłowaniem opisując ukochaną siostrę, Lilkę (Marię Pawlikowską- Jasnorzewską) i ojca (Wojciecha Kossaka), którego również ubóstwiała.

Lilka i Magdalena oczami W. Kossaka
Powieść stanowi również kopalnię złotych myśli, od uniwersalnych spostrzeżeń (Każda kobieta jest wówczas najszczęśliwsza, kiedy ma trochę pieniędzy, jakie może wyrzucić na niepotrzebne przedmioty.), po równie aktualne porady udzielane przez Lilkę (Z miłością jest jak ze zwierzętami domowymi: to się nie może dobrze skończyć.)




zdjęcia: internet 

środa, 15 sierpnia 2012

Homo filmens #5: Hachiko

Letnią porą staram się nadrabiać zaległości filmowe i oglądam po kilka filmów tygodniowo. Są wśród nich produkcje lepsze, gorsze, wyczekiwane lub też zupełne niespodzianki. Niektóre zapewne wylecą mi z głowy w przeciągu najbliższych miesięcy, inne zostaną na dłużej, między innymi "Mój przyjaciel Hachiko" (Hachiko: A Dog's Story). 
Owszem, film jest ckliwy, a fabuła przewidywalna, ale Lasse Hallstrom to mistrz w kierowaniu naszymi uczuciami. Rozbraja lukrowany schemat w pełną emocji historię lojalnego psa, podczas oglądania której nawet największy twardziej uroni łzę wzruszenia. Miło było ponownie zobaczyć na ekranie Richarda Gere'a, grającego tym razem rolę nie amanta, ale profesora muzyki w średnim wieku, męża i ojca. Partneruje mu pies japońskiej rasy akita inu, początkowo szczeniak o misiowatym wyglądzie, później psiak całkiem sporych rozmiarów. 



Jak słusznie zauważył mój brat, fabuła jest krzyżówką "Lassie wróć!" Erica Knighta i Greyfriars Bobby (historii szkockiego teriera, który przez 14 lat codziennie odwiedzał grób zmarłego właściciela). Postać Hachiko oparta została jednak na pewnym japońskim psie żyjącym w latach 20. XX wieku, pod koniec filmu widzimy nawet jego podobiznę. 


Muzykę skomponował Jan A.P. Kaczmarek. Ścieżka prawidłowo oddaje familijny nastrój filmu, ale- jak na mój gust- stylistycznie jest zbyt zbliżona to muzyki napisanej do oscarowego "Marzyciela". Pewne motywy przywodzą na myśl określone numery z "Finding Neverland", może częściowo to kwestia fortepianu, za którym, podobnie jak wówczas, zasiada Leszek Możdżer. Nagranie odbyło się w Warszawie, orkiestrą kieruje Łukasz Borowicz. Miło ze strony Kaczmarka, że nie zapomina o rodakach i daje im szansę zarobić.  
Warto wspomnieć, że film Hallstrome'a to właściwie amerykański remake japońskiego obrazu powstałego w roku 1987 (reż. Seijimo Koyama, użytkownicy filmwebu nie się zdecydowani, która wersja lepsza, większość woli azjatycki oryginał). 




źródło zdjęć: pl.wikipedia.org, filmweb.pl, timeidol.com

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Po wakacyjnych wojażach przyszła kryska na matyska. Czas wielkiego przeczesywania szaf, pakowania do kartonów, opisywania pudeł, wieszania szaf, przenoszenia mebli i ostatecznych porządków. Przeprowadzka za mniej więcej miesiąc, a mój alergiczny nos już ma dość wszechobecnego kurzu i pyłu. Ale zanim utonęłam w potoku zalewających mieszkanie przedmiotów, przeżyłam bardzo miły tydzień na Lubelszczyźnie.
To był mój pierwszy w życiu pobyt w tym rejonie Polski. Nie wiedząc czego się spodziewać, wysiadłam z pociągu na dworcu w Lublinie, targając za sobą rower obładowany sakwami. Przywitał mnie lekko chaotyczny, pełen słońca i ludzi plac, na którym spędziłam dwie długie godziny oczekując na przybycie towarzyszek podróży. Jak to mówią, the rest is history... Spędziłyśmy bardzo sympatyczny tydzień objeżdżając rowerami okoliczne miasteczka, z których największe wrażenie zrobiły na mnie Kazimierz Dolny, Nałęczów i, rzecz jasna, sam Lublin, ze swoją urzekającą starówką. Miałyśmy szczęście trafić na Festiwal Sztukmistrzów, i po centrum włóczyły się rozmaite oryginały, nierzadko popisujące się swoimi sztuczkami magicznymi. Zresztą podczas podróży spotkałyśmy wiele interesujących osób, podziwiałyśmy urodzajne gleby oraz delektowałyśmy się jabłkami, wiśniami oraz pełnymi słodyczy malinami zrywanymi prosto z krzaka. Jeśli dodać do tego prawdziwie letnią pogodę oraz przygodę rodem z Pana Samochodzika, to znaczy oglądanie w lesie grobów żołnierzy austriackich z I wojny światowej, w wyniku mamy wakacje idealne. 
Żałuję tylko, że z powodu niedyspozycji aparatu fotograficznego muszę czekać, aż znajomi przyślą mi zdjęcia swojego autorstwa. Ale i tak warto, bo niektóre ujęcia są rewelacyjne ;) 

Dziś rano zwlokłam się z łóżka o 7:30 w celu przeniesienia się na kanapę i obejrzenia lądowania na Marsie sondy "Curiosity". Było warto, w końcu nie każdego dnia można zobaczyć na ekranie skaczących i tulących się wzajemnie Amerykanów w niebieskich polo. "Curiosity", jak na dziecko XXI wieku przystało, zaraz po wylądowaniu przesłał "słit focię" z własnym cieniem. Na zdjęcie profilowe na fejsie nada się idealnie. 


W okno właśnie uderzyły pierwsze krople. Po tak "lepkim" dniu jak dziś, pierwszy raz cieszę się deszcz.

źródło: guardian.co.uk 

czwartek, 19 lipca 2012

Animator



Tak się jakoś dziwnie składa, że stale tego lata mam kontakt z czymś brudzącym. Ledwo domyłam kalosze z Openerowego błota, a już trzeba było wydobywać zza paznokci plastelinę. A to dzięki V Międzynarodowemu Festiwalowi Filmów Animowanych Animator w Poznaniu. Mimo wakacji zrywałam się rano z łóżka i, półprzytomna, pędziłam na pociąg, żeby dotrzeć na warsztaty animacji plastelinowej.

Moja fascynacja plasteliną jako tworzywem używanym do tworzenia filmów w technice poklatkowej ma swoje źródła w genialnych produkcjach Nicka Parka (Wallace & Gromit), potem interesowałam się trochę filmami kręconymi w oparciu o kukiełki, ale jakoś nigdy nie było czasu, żeby bardziej zainteresować się tematem animacji. Animator spadł mi z nieba (choć przy obecnej pogodzie nietrudno, żeby cokolwiek spadało z nieba....).
Warsztaty okazały się bardzo przyjemne. Po 5 godzin dziennie międliśmy w dłoniach plastelinę odrywaną z kilogramowych "cegieł" masy plastelinowej, robiliśmy z niej wałki, kulki, rozcieraliśmy na pleksji, mieszaliśmy kolory, i pstrykaliśmy dosłownie setki zdjęć, które składały się na filmiki liczące sobie kilkadziesiąt sekund. Do tego byliśmy stale obfotografowywani przez rozmaite media i pojawiliśmy się w telewizji regionalnej. Dziennikarze musieli się dziwnie czuć, kiedy wchodzili do sali pełnej świrów spędzających pół dnia na zabawie plasteliną. 

moje warsztaty: 1:00- 1:48

Warsztaty prowadziła Monika Kuczyniecka, o której- aż wstyd powiedzieć- przed przyjściem na pierwsze spotkanie nie wiedziałam NIC. Jak się potem okazało, jest ona m.in. autorką teledysków do piosenek Czesława i Dagadany, a przede wszystkim bardzo sympatyczna i posiadająca świetne poczucie humoru. 

 


Widziałam również pokaz krótkometrażowych animacji NFB (National Film Board) zrzeszających kanadyjskich artystów, oraz na Kocie w Paryżu (Une Vie de Chat), którego w tym roku nominowano do Oscara.

Mogłam współpracować z ciekawymi ludźmi, poznałam sylwetki kultowych twórców animacji, i przede wszystkim zachowałam w pamięci wiele pomysłów do dalszych poszukiwań, działań, projektów. Jeśli termin kolejnego festiwalu nie pokryje mi się z niczym ważniejszym, za rok wybieram się ponownie! 


źródło zdjęć i filmów: en.wikipedia.org; youtube.com